Na targach kosmetycznych (moją relację i to, co kupiłam znajdziecie tutaj), które odbyły się w marcu, kupiłam swój pierwszy lakier Color Club - 1025 bundle of joy. Jest to turkus/miętka w którym zatopionych jest sporo czarnych drobinek (zarówno większych, jak i mniejszych) oraz mnóstwo białych, które trochę giną w całości, jednak nadal są widoczne. Drobinek nie trzeba łowić i ładnie rozkładają się na paznokciu. Bez pokrycia top coatem całość jest trochę nierówna, chropowata, jednak nie na tyle, żeby np. porwać rajstopy. Solo przypomina mi trochę potwora, szczególnie w zbliżeniach (mam bujną wyobraźnię :D ). Do pokrycia wystarczą 2 warstwy.
Po pokryciu top coatem (u mnie Seche Vite) całość nabiera połysku i jest wyrównana, znika chropowatość (i łagodnieje efekt monstera :D ).

Według mnie lakier ma swój urok, chociaż jest prosty, pozornie po prostu ma drobinki, ale oprócz nich ma też 'to coś'. Dodam jeszcze, że buteleczka ma pojemność 15ml, a pędzelek jest zwykły, prosty, czarny.
A co Wy o nim myślicie? Według Was jest to zwykły lakier, czy jednak jest uroczy? Która wersja podoba Wam się bardziej - pokryta top coatem, czy bez niego?
Pulinka ;)
Czytaj dalej »
Po pokryciu top coatem (u mnie Seche Vite) całość nabiera połysku i jest wyrównana, znika chropowatość (i łagodnieje efekt monstera :D ).
Zbliżenie na lakier w buteleczce.

Według mnie lakier ma swój urok, chociaż jest prosty, pozornie po prostu ma drobinki, ale oprócz nich ma też 'to coś'. Dodam jeszcze, że buteleczka ma pojemność 15ml, a pędzelek jest zwykły, prosty, czarny.
A co Wy o nim myślicie? Według Was jest to zwykły lakier, czy jednak jest uroczy? Która wersja podoba Wam się bardziej - pokryta top coatem, czy bez niego?
Pulinka ;)








